Dlaczego wybrałem inną drogę niż etat

Przez długi czas wydawało mi się, że etat jest czymś oczywistym. Naturalnym etapem dorosłości, gwarancją bezpieczeństwa i stabilności, a w pewnym sensie także dowodem, że „wszystko robię jak trzeba”. Wokół mnie większość ludzi funkcjonowała właśnie w ten sposób, więc trudno było w ogóle zadać sobie pytanie, czy istnieje jakaś realna alternatywa.
Z czasem jednak zaczęło do mnie docierać, że to, co nazywamy stabilnością, bywa bardzo kruche, a to, co określamy jako bezpieczeństwo, często opiera się na jednym źródle dochodu, jednym grafiku i jednym scenariuszu życia, który nie zostawia wiele miejsca na zmianę, refleksję czy prawdziwą samodzielność.
Nie mam pretensji do etatu jako takiego. Dla wielu osób jest on dobrym rozwiązaniem, szczególnie na określonym etapie życia. Problem zaczyna się wtedy, gdy etat przestaje być wyborem, a staje się jedyną dopuszczalną ścieżką, a każda próba wyjścia poza ten schemat traktowana jest jak ryzyko, nieodpowiedzialność albo dziwactwo.
Z mojej perspektywy największą wadą systemu opartego wyłącznie na pracy etatowej nie jest sam czas pracy, ale oddzielenie człowieka od realnych procesów życia. Od produkcji jedzenia, od cykli natury, od zrozumienia, skąd biorą się podstawowe zasoby i jak wiele zależy od lokalnych relacji, a nie od abstrakcyjnych struktur.
Etat bardzo łatwo uczy jednej rzeczy: że wszystko, czego potrzebujesz, możesz kupić. Jedzenie, usługi, rozwiązania problemów. W zamian oddajesz czas, energię i sporą część uwagi, często w oderwaniu od tego, czy praca, którą wykonujesz, ma dla Ciebie głębszy sens lub realny wpływ na Twoje życie i otoczenie.
Zauważyłem też, że system premiuje zależność. Regularna pensja daje poczucie bezpieczeństwa, ale jednocześnie sprawia, że coraz trudniej jest wyobrazić sobie życie poza nią. Każda próba uniezależnienia się — choćby częściowo — wymaga odwagi, cierpliwości i zgody na niepewność, której system raczej nie uczy, ani nie wspiera.
Droga w stronę większej samowystarczalności, czy to poprzez pracę na ziemi, prostszy styl życia, czy elastyczne formy pracy, nie jest łatwa i na pewno nie jest szybka. Wymaga uczenia się na błędach, obserwacji, dostosowywania planów i akceptacji tego, że nie wszystko da się przewidzieć ani zaplanować z wyprzedzeniem. Paradoksalnie jednak to właśnie ta niepewność zaczęła dawać mi większe poczucie sprawczości niż najbardziej stabilny etat.
Zamiast jednego źródła dochodu pojawiają się różne drobne strumienie. Zamiast jednej roli — kilka kompetencji. Zamiast podporządkowania się jednemu systemowi — stopniowe budowanie własnego zaplecza, zarówno praktycznego, jak i mentalnego. To proces powolny, często niewidoczny z zewnątrz, ale bardzo realny od środka.
Nie postrzegam tej drogi jako ucieczki od pracy czy odpowiedzialności. Wręcz przeciwnie — jest to droga większej odpowiedzialności za własne decyzje, za swoje otoczenie i za relacje, które buduję. Różnica polega na tym, że odpowiedzialność ta nie jest narzucona z góry, lecz wynika z wyboru.
Nie twierdzę, że każdy powinien porzucić etat i wyjechać na wieś. To nie o to chodzi. Chodzi raczej o to, by zostawić sobie przestrzeń na myślenie, na zadanie pytania, czy obecny sposób funkcjonowania rzeczywiście nam służy i czy nie warto, choćby małymi krokami, budować większej niezależności.
Dla mnie ta droga okazała się bardziej zgodna z tym, kim jestem i jak chcę żyć. Mniej spektakularna, mniej przewidywalna, ale za to bliższa rzeczywistości, w której praca, życie i relacja z ziemią nie są od siebie oddzielone grubą kreską.
I być może właśnie dlatego daje mi więcej spokoju niż jakikolwiek „bezpieczny” schemat, który kiedyś wydawał się jedyną opcją.
Nie piszę tego po to, żeby kogokolwiek przekonywać do jednego słusznego modelu życia czy pracy. Każdy ma inną sytuację, inne potrzeby i inny moment, w którym się znajduje. Dla mnie ważne było samo dopuszczenie myśli, że mogę szukać rozwiązań bardziej dopasowanych do siebie, nawet jeśli nie mieszczą się one w powszechnie przyjętych schematach.
Jeśli czytając ten tekst masz poczucie, że część tych myśli jest Ci bliska, ale trudno Ci je jeszcze poukładać albo nazwać, to wiedz, że to bardzo naturalny etap. Wiele decyzji nie rodzi się od razu jako gotowy plan, tylko jako ciche poczucie, że „coś” wymaga zmiany.
Czasem wystarczy spokojna rozmowa, bez presji i bez konieczności podejmowania natychmiastowych decyzji, żeby zobaczyć sprawy z nieco innej perspektywy. Jeśli masz ochotę się podzielić swoim doświadczeniem albo po prostu pogadać o drodze, na której jesteś — możesz do mnie napisać.
0 komentarzy